sobota, 7 lipca 2012

W petunie się odzieję....

Kazimierza Wielkiego 124 to ceglany dom z poddaszem, stary jak świat. Ma ogród i nasze dwa sklepy: DoMieszkę i Winnicę. Do tego w tym roku przeszliśmy samych siebie, jeśli wziąć pod uwagę, jak się ukwieciliśmy i zazieleniliśmy.W ogródku są kwiaty i warzywa - mamy chyba 70 krzaków pomidorów - ale tego nie widać na zewnątrz. A front przeszedł mały lifting. W oknach poddasza, w oberluftach, na parapetach okien DoMieszki i w koszach wiklinowych, a do tego jeszcze w dużej donicy w witrynie Winnicy - surfinie czy petunie - zwał jak zwał. Fioletowe, wrzosowe, jasne indygo, pudrowy róż i białe - takie się zrodziły z nasion. Alinka i Piotr siali, rozsadzali, podlewali, nawozili - z własnego mieszkania zrobili szkółkę petuniową. A teraz już są od miesiąca chyba w całej okazałości. Na podwórku jeszcze w donicach i koszach dumnie się prężą. Jakaś to ciekawa odmiana, bo łodygi ma grube, mięsiste, a kwiaty okazałe.
Owszem - trzeba podlewać, nie lubią nagłego chłodu, ale warto im poświęcić chwilę, żeby dom tonął w kwiatach. Na efekty popatrzcie sami.




poniedziałek, 2 lipca 2012

"Oiça lá ó Senhor Vinho", czyli "Słuchaj Pan, Panie Wino!"


Kasia stwierdziła, że fado to niewyobrażalna dawka emocji. To oczywiste, ale miała na myśli, że to dawka raczej tych mało pozytywnych emocji. I owszem - fado to muzyka smutku, nostalgii, melancholii, nawet rozpaczy. Fado to tęsknota. A Mariza stała się ikoną fado XXI wieku. Jest niezwykła - nic więcej na jej temat nie potrafię powiedzieć, ponieważ to jedyna moja miłość muzyczna, która nigdy nie przeminie, więc nie byłabym w stanie o niej opowiedzieć tak, żeby nie rozpłynąć się we własnym uwielbieniu dla niej i jej twórczości. 
Ale muszę się pokusić o jedną tylko uwagę właśnie w kontekście nacechowania emocjonalnego fado. Faktem jest, że większość tych pieśni to jęk za utraconym, a kto mógłby się równać z taką fadistą w rozpaczaniu....Myślę, że z tego smutku sięgającego takich głębin, o których nikt nic nie wie, kto nie posłuchał fado, bierze się też pełna uniesienia afirmacja. I jednym z jej objawów jest pieśń wykonywana przez Marizę, a pochodząca z jej pierwszego albumu Fado em mim z 2002 roku, pt. Oiça Lá Ó Senhor Vinho.
Jest to pieśń o winie i Pan Wino (Senhor Vinho) tak oto o sobie mówi:



-Ja jestem -mówi Wino -
Swobodnym tańcem liści na wietrze.
Blaskiem Słońca na firmamencie
Co winogronom słodycz niesie..."












A jak brzmi ta pieśń - sami słyszycie, to radość opowiedziana słowami. I pomyślałam sobie, że gdyby Mariza (a wcześniej mistrzyni gatunku Amalia Rodriguez) miała na myśli jakieś konkretne wino, pewnie opowiedziałaby o tym, co dla Portugalczyka jest podstawą, czyli touriga nacional. To podstawa, grunt, to A w alfabecie winiarskich poczynań, po prostu pierwszy i najważniejszy szczep winny w tej części Europy. Jest to szczep o małych kiściach z drobnymi jagodami, daje winu głęboką mocną barwę, a  w smaku przywodzi na myśl jeżyny. Bukiet przypomina fiołki, ciemne owoce, a nawet piżmo. Dzięki niemu robi się wina długowieczne, eleganckie i doskonale zbalansowane. Można się po nim spodziewać około 13% zawartości alkoholu. To po prostu potęga, a w dodatku nie potrzebuje towarzystwa innych odmian, żeby pokazać tę moc. Często używa się go do kupaży, ponieważ jest mało wydajny, ale wino jednoszczepowe z touriga nacional to niezwykła gratka dla amatorów portugalskich win albo win w ogóle.
Taka gratkę funduje nam od dłuższej chwili producent z regionu Tejo - Quinta da Alorna, o tradycji winiarskiej sięgającej osiemnastego wieku. Dla równowagi, na inne okazje proponuje jeszcze białe jednoszczepowe wino - tym razem ze szczepu arinto. Równie godne polecenia. A zatem, Twoje zdrowie, Senhor Vinho!



 

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Światła, latarnie, lampiony. Dobry nastrój na letni wieczór.

Żeby właściwie wyobrazić sobie taki udany, sielski wieczór w ogrodzie albo na tarasie potrzebujemy kilku, a co niektórzy bardziej wybredni czy dokładni - kilkunastu atrybutów. Najpierw stół. Powinien być przykryty obrusem w kratę albo w kwiaty. Może być cerata, jeśli budzi wspomnienia wiejskiego domu babci. I wygodne krzesła, może ławka, może  huśtawka...No i koce. Wieczorem nawet latem robi się chłodno. Koc kraciasty. To klasyka, zawsze na miejscu. Na stole jakieś dobre jedzenie: wybrałabym sery, suszone pomidory i oliwki, może chorizo, może nawet pieczona papryka w oliwie. Takie smaczne zakąski. Cukinia z grilla, kiełbasa też może być. A jakby tak ryba jakaś się jeszcze znalazła - to już rozpusta. A może babka ziemniaczana.... I jeszcze trzeba wina. Gdy gorąco, to nawet kiedy wieczorem się ochładza - vinho verde zawsze będzie rozkoszne, a dla tych co wolą czerwone nawet do sałatki - to coś prostego - zweigelt jakiś lekki, czereśniowy, może dornfelder od zachodnich sąsiadów a i montepulciano z południa Włoch się nada (Alinka by wybrała Rosso Piceno). A gdyby nastrój sprzyjał mocniejszym napitkom, to dobrze schodzony drink z żołądkowej z jabłkiem i cytryną uszczęśliwi niejedną duszę i rozraduje serce. Muzyka musi być. Takie Chambao - to muzyka, która nikogo nie zirytuje.
I można spędzić wieczór w ciszy we dwoje, gadając we dwoje, gadając we troje czworo i pięcioro. Omówić sprawę jakiejś Anki, wyżalić na jakąś sąsiadkę, źle życzyć (ale tak na niby i tylko najwyżej złamanego palca) temu babsku, co szarpało dzieciaka w hipermarkecie, pomarzyć o tym, co za rok i wyśmiać to, co na studiach. 
I na to wszystko potrzeba tylko trochę przestrzeni bardzo własnej, prywatnej i ze wszech miar bezpiecznej. Ze świecami, latarniami i lampionami, które zaznaczą, że tu teraz jest nasze.

wtorek, 19 czerwca 2012

To Toro, Totoro!

To chyba mój ulubiony film animowany! Studio Ghibli jest oczywiście kultowym tworem. Grobowiec Świetlików, Księżniczka Mononoke, oskarowy film Spirited Away, czy Ruchomy zamek Hauru - to ich wielkie, pewnie poważniejsze dokonania w dziedzinie anime, ale to "Mój sąsiad Totoro" zdobył moje serce na zawsze. A ostatnio moja córka dostała od swojej ciotki Kuzyn-ko (superjaponofilki) maskotkę tego małego szarego stworzenia, które naprawdę zawsze mnie rozczula. Jak na mój wiek przystało - brykałam, żeby potulić małego Totoro z grubym ogonem. 
 
I pewnego dnia przyszła do nas pani, która zerkając na wino hiszpańskie powiedziała:
-O, a to, to Toro!
Śmiałam się potem długo, bo kto zna piosenkę o Totoro, motyw przewodni z filmu, już do samej muzyki się uśmiechnie*.
I tak już zostało. Jak lubiłam wina z tej części Kastylii, tak musiałam je polubić jeszcze bardziej, bo skojarzenie zostało. I powtórzę się pewnie po raz enty - skojarzenia nie raz decydują o naszych preferencjach.
Toro w prowincji Zamora (wokół miasta Toro) to mała apelacja w Kastylii, w której powstają naprawdę dobre wina - i jeszcze na dodatek na wskroś hiszpańskie, a jeszcze jakby tego było mało - zwykle drogie. Większość z nich to wina jednoszczepowe z odmiany Tinta de Toro (synonim tempranillo), wina są ciemne, pełne, bogate, a do tego naturalnie wysokoalkoholowe - nic dziwnego, jeśli osiągają moc około 17% alkoholu. To zupełnie niezwykłe w Europie, choć jesteśmy przyzwyczajeni do przeciętnych  14% zawartości alkoholu w winach z Nowego Świata.
Dla przykładu wino z Bodegas Abanico: Eternum Viti, które powstało z gron zerwanych z około pięćdziesięcioletnich krzewów. Jest świetnie skoncentrowane i leżakowane w beczkach francuskich i amerykańskich (w stosunku 70% do 30%). Ma piękny niemal czarny kolor, w nosie czuć tostowe nuty beczki, skórę, dymno-tytoniowe aromaty. W ustach czarne owoce i waniliowa końcówka. Dobre, jako wstęp do przygody z winami z tego regionu, bo jak na możliwości winiarzy z Toro jest to wino nie za drogie (choć nie tanie oczywiście).

* A oto motyw przewodni w wersji z filmu (więcej powagi - jeśli w tym przypadku można w ogóle o powadze mówić - ma wersja z udziałem orkiestry):


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Sowy - magia i mądrość.

Kasia ostatnio lubi sowy. Może zawsze lubiła - ale teraz bardziej. Jest w sowach jakaś nadzwyczajna moc. Ale symbolika sowy jest niejednoznaczna. Bo sowa to mądrość, ale i ciemność, nawet śmierć. Sowa wywróżyła śmierć Dydony, a skoro o Dydonie mowa, to wspomnijcie Ci, którzy znacie albo poznajcie, ci, którzy się nie zetknęliście, jeden z najpiękniejszych utworów muzyki klasycznej - Henry Purcell "Eneasz i Dydona, aria zwana Lamentem Dydony, czyli "When I am laid in earth" (z 3 aktu)*
Jako świętego ptaka Ateny zamieszczono wizerunek sowy na ateńskich monetach. Sowa była także symbolem Demeter, atrybutem etruskiego boga ciemności. Przez Żydów uważana jest za ptaka nieczystego, a w celtyckiej kulturze była ptakiem magicznym i występowała jako bogini-sowa. W kulturach dalekiego wschodu też nie ma pozytywnego znaczenia - jest utożsamiana z nieszczęściem. Ajnowie z kolei traktowali puchacza jako ptaka, który robi ludziom przysługę - ostrzegając przed nieszczęściem. W tym kontekście - wszystkie negatywne asocjacje można przenicować. Tak czy owak w niemal wszystkich kulturach sowa jest uznawana za zapowiedź nieszczęścia i ostrzeżenie. Można by się pokusić o wniosek, że taka interpretacja wynika poniekąd z założenia, że sowa to symbol mądrości. Stary mędrzec czy mądra starucha (wiedźma, czyli ta, która posiadła wiedzę) też mają moc przepowiadania przyszłości - czy to dobrej, czy złej. I nie musi mieć to nic wspólnego z wróżbiarstwem, ale właśnie przede wszystkim z mądrością.
Czym można zaskoczyć starą kobietę, która zna prawie wszystkie historie na świecie? Łatwo jej przewidzieć, co się wydarzy, skoro wszystko widziała i wszystko wie. Ma prawo wieszczyć i ostrzegać.
I tego się trzymajmy: sowa to mądrość - wyobraźnia i umiejętność przewidywania.


*Wstawka na temat Lamentu Dydony nie ma żadnego związku z resztą wywodu - jest dygresją i nie należy jej odczytywać w żaden inny sposób. Na pewno należy przesłuchać ten utwór przynajmniej dwadzieścia razy, tylko dlatego, że jest piękny.